10 minut


10 minut – na co poświęcić, zarezerwować, przeznaczyć, kupić, czy sprzedać. Czas.Pełne 10 minut.

  • Mogę poczytać – przeczytać kilkadziesiąt linijek. Czytając szybko, pochłonąć tak rozdział albo krótkie opowiadanie. I już nie pamiętam…
  • Mogę zanurzyć się w zimnej wodzie, oj to jedna za długo. Nie dam rady, chociaż morsowanie teraz w modzie. Coraz bardziej, coraz głębiej…
  • Mogę spóźnić się na pociąg, samolot, który był ważny. Przepadło.
  • 10 minut stąd jest miasto, światła, zgiełk, samochody, ludzie, praca, szum, ale ja jestem tu.
  • Pisanie. Właśnie minęły 4 minuty nie licząc redagowania tekstu. Tak na żywioł, tyle linijek jak powyżej. Można i tak.

A gdyby tak zatrzymać świat na 10 minut. Usiąść na chwilę, trochę jak po zejściu z karuzeli. Ostrość widzenia tylko w obrębie 1,5 metra, a reszta nadal lekko rozpędzona, jeszcze się trochę kręci i zaciera. Zaczynam oddychać. Staram się znaleźć w sobie oddech. Jest. Trochę płytki, ale go zauważam. Obserwuję. Czuję w sobie. Odliczam, wracam myślami do niego, chociaż to wcale nie jest łatwe. Uciekam od niego na zewnątrz, do zgiełku i znowu wracam, odliczam, ale nie trzymam się go kurczowo. Puszczam. Akceptuję każdy wdech i wydech, a potem siebie w tym każdym, jakże ważnym, oddechu. Tu i teraz, siedząc za biurkiem, w samochodzie, zmywając, spacerując pomiędzy półkami w sklepie, siedząc na ławce w parku. 

Dziękuję, że słyszę swój oddech, może bicie serca. 10 minut ciszy. Tylko ona i ja. Co to jest cisza? Kto to jest ja? Wdech i wydech. Ja, cisza, odliczanie. Pustka – całe 10 minut zatrzymania. 

10 minut – to całkiem sporo, choć bywa też niewiele. Kwestia perspektywy ale i okoliczności. Można łapać minuty dodatkowego snu przesuwając alarm drzemki w budziku, wtedy ten czas mija zbyt szybko. Można czekać na autobus i wtedy się dłuży w nieskończoność. Najpewniej niewiele więcej zająłby spacer przystanek dalej…

10 minut dla siebie, bo od czegoś trzeba zacząć. Usiąść wygodnie, zaparzyć sobie kawy albo ulubionej herbaty i smakować każdy łyk. Włączyć ulubione piosenki, wysłuchamy co najmniej dwóch jak nie trzech, warto nawet wtedy otworzyć gardło i pośpiewać. A idąc dalej nawet potańczyć i się do siebie w tym podrygiwaniu uśmiechać.

Można zamknąć oczy i zanurzyć się w ciszy. Ale to już wyzwanie. Ciszę najpierw trzeba oswoić, pozwolić sobie się w niej zanurzyć, usłyszeć ją wokół siebie i w sobie…

10 minut na oddech, świadomy wdech i wydech. To wstęp do medytacji. Ale żeby nie było za prosto, zbyt łatwo, to konfrontacja z natłokiem myśli. Istne szaleństwo. Wdech i wydech. To bezpieczna przystań. Taki azyl, do którego warto wracać. W medytacji, ale i każdej innej sytuacji. Wdech to życie, ale wydech pozwala wypuścić wszystko, co nam nie służy. Złapać równowagę, skupić uwagę, ściągnąć z siebie presję. Kolejny wdech i jesteśmy ze sobą i światem w innym miejscu. Krąży inna energia, zmienia się perspektywa widzenia, innymi ścieżkami zaczynają płynąć myśli. Wdech i wydech. Świadomie. 10 minut to tak naprawdę… początek. 

Kasia i Damian